Kryzys jest w głowach

rozwoj-osobisty

Światowe media nie przestają straszyć nas wszechogarniającym kryzysem. Przedsiębiorstwa padają jak muchy, jedno po drugim i właściwie strach się bać, co jeszcze może wydarzyć się w świecie biznesu.  Jednak, jeśli zapytać przeciętnego Kowalskiego, co oznacza dla niego kryzys, najprawdopodobniej usłyszymy w odpowiedzi litanię o stale rosnących cenach i spadających zarobkach.

Na rynku pracy jest również bardzo ciężko. – Czym zajmował się pan przez ostatnie pół roku? – Szukałem pracy. – To wcale nie dialog wyjęty z mało śmiesznego dowcipu, ale realna, coraz częściej pojawiająca się na rozmowach o pracę wypowiedź. Kryzys dotyczy więc w zasadzie każdego – od potentata, po sąsiada spod czwórki. I dla każdego co innego będzie on oznaczać.

Czy to jednak możliwe, by nagle ogarnęło nas zjawisko tak potężne i uniwersalne, że dotyczy niemalże każdego mieszkańca kuli ziemskiej? Popatrzmy na kraje, w których ludność pracuje głównie na własne utrzymanie: dla siebie uprawiają pole, sady, hodują zwierzęta. Ich kryzys zdaje się nie dotyczyć.

A być może kryzys jako taki nie istnieje?

Nasze nastawienie do otaczającego nas świata jest czynnikiem mającym kluczowe znaczenie dla tego jak ten świat postrzegamy. Nastawienie na obserwowanie negatywnych czynników wyczaruje w naszych głowach kryzys, jeżeli zaś skoncentrujemy się przede wszystkim na dostrzeganiu tego pozytywne, wizja kryzysu pęknie niczym mydlana bańka. Jest to znany w psychologii efekt Pigmaliona, zwany również samospełniającym się proroctwem, lub samospełniającą się przepowiednią.

Zjawisko to pokazuje, że nasze nastawienie i kreowane przez nie antycypacje mają tendencję do urzeczywistniania się. Tak więc, być może kryzys nie jest wcale efektem nagłych załamań w świcie biznesu, lecz efektem załamań w… naszych głowach?